Mindfulness i emocjonalna burza

Emocjonalna katastrofa. Wytrąca ze spokojnego bycia, zaciąga ciemną kotarę najsilniejszych z uczuć – frustracja, upokorzenie, rozpacz, poczucie winy. Umysł nie podsuwa wtedy żadnych rozwiązań. Niczym twórca filmów grozy mnoży czarne scenariusze na przyszłość. Czy istnieje jakiś dobry sposób na poradzenie sobie z tą burzą? Być może z upływem czasu, zyskaniem większego dystansu wytworzymy jakieś inne interpretacje tego, co zaszło, a sytuacja nie wyda się już taka tragiczna. Jak jednak pomóc sobie w obliczu tego całego wewnętrznego wzburzenia, kiedy emocje kipią, a głowa huczy od osądów i pesymistycznych wizji?

Oto szkic pewnego podejścia, które osobiście uznaje za bardzo pomocne. Są to propozycje radzenia sobie z trudnymi emocjami zaczerpnięte z praktyki mindfulness.

Witaj złości, która przychodzisz

Właściwie, „emocjonalna katastrofa” nie jest tym, co dotyka Cię bezpośrednio. To tylko ocena, wytwór umysłu, który wskazuje (subiektywnie!), że sytuacja jest trudna. To, co jest najprawdziwsze w tej całej burzy, to Twoje emocje i doznania płynące z ciała. Niech one będą Twoją kotwicą. Ilekroć, poczujesz wzburzenie, odnotuj je w swojej świadomości. Porzuć na chwilę wykonywaną czynność, zamknij oczy i spróbuj odnaleźć określenie, najtrafniej określające to, co czujesz np. „to jest rozgoryczenie”, czy „właśnie poczułam strach”, albo „to, czego doświadczam to zrezygnowanie i rozżalenie”. Przyjmuj emocje, takie, jakie są, z pełną akceptacją, bez oceniania. Wystarczy, że obserwujesz i nazywasz swoje przeżycia, a jeśli czujesz opór czy inną emocję podczas próby ubierania swoich uczuć w słowa – zauważ to i przyjmij, że tak jest, bez wywierania jakiekolwiek wpływu.

Myśli odpływają z oddechem

W chwilach porwania emocjonalnego, jesteśmy zalewani całym strumieniem silnych emocji, jak również myśli, które podsycają cały zamęt wzmacniając już i tak silne emocje. Dlatego, im także warto się przyjrzeć z pozycji bezstronnego obserwatora, którego zadanie polega wyłącznie na rejestrowaniu faktu pojawienia się w głowie myśli. Bez angażowania się w ich treść tzn. bez analizowania, skupiania się na przyczynach i tworzenia scenariuszy. Gdy jedna myśl się pojawi, zauważamy ją i pozwalamy jej odejść (co nie jest jednoznaczne z odrzucaniem jej, czy ignorowaniem). Tak jak płynnie oddychamy, tak płynnie jedna myśli ustępuje miejsca drugiej, jeśli tylko nie dajemy się wciągnąć w jej treść. Jest to postawa nieprzywiązywania się, a jedynie poddania swojego doświadczenia uważnej obserwacji. Kluczem są próby oddzielenia faktów (takich jak treści myśli, czy emocje) od interpretacji. Gdyż w gruncie rzeczy, prawdziwymi sprawcami naszego cierpienia nie są wcale te przeżycia i myśli, lecz nasza identyfikacja z nimi i założenie, że mają one przemożny wpływ na nasze życie.

„Nie jestem emocją, którą czuję.  Nie jestem myślą, którą pomyślę”

Złość jest po prostu złością. Nie określa Ciebie jako osoby. Niekorzystne jest utożsamianie się z tym, co ulotne, szczególnie, gdy przybiera to formę zdania „Jestem rozłoszczony/a”, albo „Jestem zły/a”. Nie. Po prostu „teraz czuję złość”, ale nie jest to „moja złość”. Uważność na swój stan i momenty „odpuszczania”, kiedy czujemy się przytłoczeni natłokiem tego, co wewnątrz nas jest ważnym krokiem do zaprowadzenia spokoju i równowagi. Niezwykle pomocnym narzędziem, które ułatwia wgląd w te doświadczenia jest oddech. Ilekroć dajesz się porwać potokowi myśli i wzbierających uczuć, przywołuj świadomość oddechu. Oznacza to kierowanie na niego uwagi, która pomaga odczuć istnienie „tu i teraz”.

Przede wszystkim – akceptacja

Obserwując świadomie własne myśli, w chwilach, które automatycznie przypisalibyśmy „porażce”, możemy natknąć się na pewne procesy, w których umysł osiąga istne mistrzostwo świata. Można do nich zaliczyć: ocenianie, porównywanie, obwinianie, odrzucanie, czy analizowanie. Te złożone zabiegi często umykają naszej uwadze, włączając się automatycznie i równie bezwiednie zmieniając nasz nastrój, czy poziom energii. Bez względu na to, czy działają na naszą korzyść – podwyższając naszą samoocenę, czy też wyrządzając szkody w postaci poczucia winy – same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Wyłącznie skutki tych procesów odbieramy jako przyjemne bądź nieprzyjemne. Warto się temu przyjrzeć – również z postawą zainteresowania i otwartości na wszystko. „Obwiniam się”, ale właściwie, czy jest to podstawne? Czy wszystko zależy ode mnie? Jaki jest inny, alternatywny sposób reagowania? Ten automatyczny pilot włączający opisane procesy jest często bardzo mocno zakorzeniony w naszej psychice, nie jest jednak częścią nas samych. Nie ma też powodu, aby go zmieniać, czy z nim walczyć. Chodzi znowu o namierzenie go, bez kategoryzacji na „dobry”, czy „zły” i rozpoznawanie sytuacji, w których jest uruchamiany. Jedynie tak, bez wypierania, za to z przyjaznym nastawieniem będzie można pójść o krok dalej. Pamiętaj, że punktem wyjścia do wszelkich zdrowych zmian jest poznanie. Ciekawość i otwarty umysł zaprowadzi Cię dalej niż najsilniejsza motywacja, by się zmienić.

Obserwujemy, by zrozumieć, rozumiemy by zaakceptować, akceptujemy, by zmienić na bardziej korzystne.